czwartek, 12 kwietnia 2012

Parnu (Parnawa)


Pierwszy bocian, pierwsze krokusy, pierwsze artystycznie podane danie, pierwsze określenie przed sobą i przed kimś pierwszych tak wiosennych uczuć. Pierwsze dogłębne spojrzenie w swoje wnętrze i totalna niemoc w jego opanowaniu i zrozumieniu. Pierwszy nadbałtycki spacer po zlodowaciałej plaży. Upajanie się spokojem, długie rozmowy na redzie. Wdychanie tego samego zamglonego powietrza, delektowanie się każdą niekonwencjonalną, a zarazem chwilą. I śmiech, ogromne pokłady śmiechu i radości.

I urodziny. Zawsze się boję, bo mam wrażenie, że zrobiłam w danym roku za mało. Boje się też, bo nie wiem co mnie czeka. Zwłaszcza w tym roku. Ale się doczekałam, Goszsz! Pierwsze życzenie z listy od Ciebie spełnione. Na dzień dobry dostałam 0,5kg pralinek. Wieczorem czciłam Lany Poniedziałek szampanem.
Parnu, w przeciwieństwie do Tallin było puste i wymarłe. Dość duża, jednak zdecydowanie sezonowa miejscowość. Domy, domki i domeczki w stylu skandynawskim, jednak w szerszej palecie barw. Parki miejskie okupowane nieustannie przez lokalnych hmm… żuli, żuli miejskich. Zdecydowanie najpiękniejszą część miasta stanowi plaża.

I jakos tak nagle, szybko się te wakacje skończyły. Ostatni dzień był na tyle ciepły, że zapomniałam o „fińskiej wiośnie”. Nawet na promie było przyjemnie… Hello Helsinki!  
































Brak komentarzy:

Prześlij komentarz